"Kulturschafende"
 in Ost Berlin Hauptstadt der DDR, August, September, Oktober 1989

Na mojej drodze do Europy przez wiele lat konfrontowany byłem z fenomenem podzielonego Berlina. Z Wschodniego i Zachodniego i odwrotnie nie mogłem przejść, ani przejechać przez dzielącą miasto granicę. Kiedyś próbowałem, ale mimo że miałem paszport ważny na cały świat, nie przepuszczono mnie ani metrem, ani żadnym ze śródmiejskich przejść drogowych.

Wjazd do Berlina Zachodniego możliwy był tylko drogami tranzytowymi z Republiki Federalnej. Do Wschodniego jadąc tranzytem można było wjechać jedynie omijając posterunki Ludowej Policji, które zatrzymanych zawracały na tranzytową autostradę.

Te trudności sprawiły że im naprzekór szukałem kontaktu z Berlinczykami i Berlinem.

Jako portrecista wyobrażałem sobie że nienormalna sytuacja musi malować się na twarzach mieszkańczów Miasta i chciałem to zanotować. Dwukrotnie prosiłem bezskutecznie DAAD (Niemiecka Akademicka Służba Wymiany Zagranicznej) o stypendium na fotografowanie artystów Zachodnio Berlińskich. Jesienią 1989 wykorzystując moje honoraria za portrety polskich pisarzy i fotografowanie polskiej mody byłem przez prawie przez trzy miesiące gościem moich Wschodnio Berlińskich przyjaciół. Podawany z rąk do rąk fotografowałem pisarzy,  malarzy, grafików i ludzi teatru.

Dramaturga Heinera Mullera po sesji fotograficznej, która odbyła się w czymś co przypominało willę wbudowaną w typowy dwunastopiętrowy blok podwiozłem na Dworzec Friedrichstrasse, bo spieszył do Berlina Zachodniego. Christę Wolf zobaczyłem podczas spotkania buntujących sie artystów. Na ulicy jeden z fotografowanych, zaprzyjaźniony artysta rzucił mi się na szyję z okrzykiem "jak to dobrze że Cię spotykam przypadkiem, dzięki temu nie będę musiał tego meldować policji".  Kiedy przechodziłem przez Aleksanderplatz trwał właśnie miting na którym tłumaczyli się ludowi, władcy ostatnich dni Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Mnie najbardziej interesowali ludzie, których spotykałem w mieszkaniach i pracowniach, którzy trwali jeszcze jakby w letargu, oczekiwaniu na niewyobrażalne.

W kilkanaście dni po moim powrocie do Polski runął Mur i historia przyspieszyła, a ja zajęłem się nowymi pomysłami.

Około półtora tysiąca negatywów berlińskich zwinąłem w rolkę i wsadziłem do blaszanego pudełka.

Dziesiąta rocznica brlińskiego fotografowania zmobilizowała mnie do uporządkowania negatywów i zrobienia odbitek stykowych. Zobaczyłem fotografie jak gdyby "archeologiczne",  bo i "Strefa" nie istnieje i ja inaczej fotografuję.
Wydały mi się interesujące.

Mówi się, że my Polacy jesteśmy więźniami historii. Od dzieciństwa kiedy matka uczyła mnie piosenki "rozkwitały pęki białych róż" a za oknami maszerujący żołnierze śpiewali "Hey-di Hey-do Hey-da" spotykałem Niemców.

Teraz rzadziej odwiedzam Berlin. Dziś to miasto tak jak inne metropolie, mnie człowieka rustykalnego wschodu fascynuje i odpycha. Z podziwem patrzę na mrówki ale nigdy nie chciałem być mieszkańcem nawet najwspalnialszej termitiery.

Dobrze jest czasami obejrzeć się wstecz i  okazało się też że dobrze jest mieć własną Galerię i samemu decydować co chce się pokazać. Dzięki współpracy Rafała Leszczyńskiego, który pod moim kierunkiem wykonał kopie zdjęć, na papierze Multicontrast Classic ofiarowanym przez Agfę, mam możliwość zaprezentowania Państwu fragmentu, dobrze wydawałoby się pomyślangeo zamierzenia.

Kontynacją moich fascynacji i działań euro-integracyjnych jest pomysł trilateralnej wystawy "Warszawiacy, Belińczycy Paryżanie", prezentującej indywidualności naszych miast widziane oczyma francuskiego, niemieckiego i polskiego fotografa, o którego realizacje walczę od 2 lat ze zmiennym szczęściem.

Krzysztof GIERAŁTOWSKI

PS. 28 portretów artystów Wschodnio Berlińskich uzupełniłem zdjęciem berlińskiej aktorki Heidrun Perdelwitz i pisarza Endlera z żoną, których spotkałem  później na Festiwalu Kulturalnym w Arnhen NL.